Świadectwa

Gwardzista

gwardzista
Projekt okładki:
reprodukcja obrazu Bazyliki św. Piotra w Rzymie w odniesieniu do tekstu z Ewangelii Mateusza 7,13-14
 

Bernhard Dura
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

GWARDZISTA

(Tytuł oryginału: Von Gardisten zum Christen)

(Cytaty pochodzą z Biblii Tysiąclecia, wydanie IV; Wydawnictwo Pallotinum, Poznań 1996)

Od polskiego wydawcy

Książeczka, którą trzymasz w ręku, zawiera historię pewnego mężczyzny. Została napisana po to, aby dać świadectwo faktom, które rzeczywiście miały miejsce. Tak należy ją odbierać i z takim nastawieniem czytać. Człowiek, który podzielił się swoimi doświadczeniami i odkryciami, nie zamierzał nikogo atakować ani dyskredytować, jak również udowadniać swoich racji. Autor tej książeczki, niegdyś gwardzista papieski, dzisiaj - radosny chrześcijanin przedstawia sposób, w jaki poznał żywego, pełnego miłości Jezusa Chrystusa. To spotkanie zmieniło jego życie.

Doświadczenie, które było udziałem tego eksgwardzisty może być również Twoim - Drogi Czytelniku.

Zachęcamy Cię do otwartego, bez uprzedzeń przeczytania tej pozycji. Jeżeli pewne sformułowania wydają się przeczyć Twoim przekonaniom, to nie obrażaj się na nikogo i nie wyrzucaj książeczki. Poproś Boga, aby pomógł Ci zrozumieć.

życząc owocnej lektury
Wydawcy

Drodzy Czytelnicy

Nazywam się Bernhard Dura. Powodem dla którego zwracam się do Was w tak bezpośredni sposób, jest osoba Jezusa Chrystusa i miłość, jaką Bóg żywi do każdego z nas. Jestem szczęśliwy, że mogłem w moim życiu doświadczyć Jego miłości. Pragnę wam o tym opowiedzieć, dedykując jednocześnie fragment Bożego Słowa z Pwt 4,29:

Wtedy będziecie szukali Pana, Boga waszego, i znajdziecie Go, jeżeli będziecie do Niego dążyli z całego serca i z całej duszy ;

i z Ewangelii Jana 5,24:

Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto słucha słowa mego i wierzy w Tego, który Mnie posłał, ma życie wieczne i nie idzie na sąd, lecz ze śmierci przeszedł do życia.

Urodziłem się 30 lipca 1955 r. w Visp w kantonie Wallis w Szwajcarii. Byłem najmłodszy z siedmiorga rodzeństwa. Wszyscy wychowani byliśmy w surowym, katolickim rygorze. Rodzice wymagali od nas całkowitego i bezwzględnego posłuszeństwa. Wpłynęło to w dużej mierze na mój stosunek do Boga, którego wyobrażałem sobie jako zimnego, nieczułego władcę i surowego sędziego. Kimś takim nie byłem zainteresowany; nie mieliśmy ze sobą nic wspólnego.

Pierwszego przeżycia związanego z osobą Boga doświadczyłem mając 18 lat. Uważałem się wtedy za doskonałego kierowcę. Pewnego dnia podróżowałem z ciocią autem. Samochód prowadziłem dość brawurowo. Ciocia, gorliwa katoliczka poprosiła mnie, byśmy odmówili modlitwę Ojcze nasz. Zgodziłem się, lecz w głębi duszy pomyślałem: ">>Ojcze nasz<< nic ci nie pomoże, ciotuniu, bo tutaj ważne są moje umiejętności i sprawność". Gdy po chwili ostro wszedłem w zakręt, wyprzedzająca nas ciężarówka otarła się o przednie drzwi naszego samochodu, urywając klamkę.

Poczułem się nagle tak, jakby Bóg pogroził mi palcem, mówiąc: "Widzisz, lepiej nie drwij sobie ze mnie".

Wydarzenie to bardzo mnie poruszyło. Zacząłem obawiać się wielkości Boga, bo trochę w nią uwierzyłem. Postanowiłem więc zaangażować się w działalność religijną Kościoła. Niejednokrotnie rzedła mi mina, kiedy słuchałem kazań o żywotach wielkich świętych katolickich, którzy ponieśli w swoim życiu tak wiele ofiar i wyrzeczeń. Chcąc upodobnić się do nich choć trochę, zacząłem odmawiać sobie wszelkich przyjemności i rezygnować ze wszystkiego, co sprawiało mi radość. Byłem przekonany, że dzięki temu zdobędę potężną siłę duchową i stanę się tak wielki jak oni. Gdy usłyszałem o istnieniu szwajcarskiej gwardii papieskiej, zacząłem usilnie ubiegać się o przyjęcie do niej. Byłem przekonany, że jest to najlepsza droga, aby zbliżyć się do Stwórcy. "W ten sposób będę przecież służył Kościołowi, zwłaszcza papieżowi; nie można już być bliżej Boga" - myślałem.

Po długich staraniach we wrześniu 1979 r. przybyłem do Rzymu jako gwardzista papieski.

Jednak po pewnym czasie służby zauważyłem, że nie wszystkie moje oczekiwania sprawdziły się. Myślałem, że w tym "świętym mieście" odnajdę miłość, jedność i radość. Przypuszczałem, że gwardziści szwajcarscy są świadomi tego, iż służą następcy Chrystusa.

Jakże się rozczarowałem. Było mi niezmiernie przykro, kiedy odkryłem, że wszystko co dobre i sprawiedliwe, jest tutaj grą pozorów - teatrem, perfidną sztuką, a zza kulis wyziera zazdrość, niezadowolenie, krytykanctwo, nienawiść. Stało się wtedy dla mnie jasne, że gwardia szwajcarska to tylko czcza tradycja. "Przecież dla zapewnienia bezpieczeństwa papieżowi można by zastosować o wiele tańsze środki" - gorączkowałem się. Ogromne sumy pieniędzy pochodzące z ofiar wiernych mogłyby być przeznaczone, z dużo lepszym skutkiem, na wsparcie dla potrzebujących. Nasuwało się tutaj pytanie natury zasadniczej: Gdzie jest ta miłość bliźniego, o której się tyle mówi? Wielu ludzi przecież cierpi głód i nędzę, a tu tyle pieniędzy marnotrawionych jest po to, aby zaspokajać czyjeś snobistyczne zachcianki - bo jak inaczej można nazwać, na przykład, stanie na warcie, podczas której etykieta nakazuje sterczeć dwie do czterech godzin bez najmniejszego drgnienia. Co to za ofiara, która nikomu nic dobrego nie przynosi?

Zacząłem powoli kojarzyć ze sobą coraz to inne fakty. Na przykład, gdy papież przechodził obok nas, musieliśmy padać na kolana i pozdrawiać go z uniżeniem słowami: Ojcze Święty. Przecież tymi słowami Jezus w modlitwie arcykapłańskiej zwracał się do samego Boga i tylko do Niego /J 17,11/ ! Czyżby papież uzurpował sobie prawo do odbierania czci należnej jedynie Bogu? Jeżeli Jezus w Mt 23,8-10 mówi by nie nazywać nikogo mistrzem lub ojcem (bo jest tylko jeden prawdziwy), to wręcz bluźnierstwem jest zwracanie się do zwykłego człowieka tak jak do Ojca Niebiańskiego. Co roku też - 6 maja, każdy gwardzista musi złożyć przysięgę na Boga i Jego Świętych, że dochowa wierności papieżowi. Tymczasem Boże Słowo zakazuje składania jakichkolwiek przysiąg /Mt 5,33-37/.

Papież nazywa siebie zastępcą Chrystusa na ziemi. To prawda, że Jezus przybywając z apostołami, był dla nich Pocieszycielem. Lecz tym, który miał zająć Jego miejsce, nie był ani Piotr, ani jego następca lecz Duch Święty, który jest tym prawdziwym Pocieszycielem, zesłanym przez Boga w miejsce Chrystusa. Jest to w J 14,16-17.26. Odkryłem również ewidentną nieścisłość w nauczaniu Kościoła rzymskokatolickiego na temat tego, że Jezus zbudował swój Kościół na Piotrze i jego następcach.

To prawda, że Jezus nadał Szymonowi imię Piotr (gr. petros), co oznacza - kamyk, kamyczek. Jest to określenie diametralnie różne od słowa petra, które oznacza skałę. Jak wiemy, na podstawie lektury licznych fragmentów Nowego Testamentu, jedynie Jezus był określany tym mianem i sam tak się określał /1Kor 10,4; Ef 2,19-20/.

Wynika stąd jasno, że Kościół może być budowany wyłącznie na Nim. Rolę, jaką w tej duchowej budowli odgrywa kamyk (petros), doskonale ujmuje Piotr /1P 2,5-6/ mówiąc o wierzących jak o kamieniach, a wskazując na Chrystusa jako skałę. Ponadto tzw. "władza kluczy" - związywanie i rozwiązywanie - według Biblii dana jest każdemu wierzącemu, a nie tylko Piotrowi. Pisze tak w Mt 18,18.

Dzień w dzień czyniłem coraz więcej takich spostrzeżeń i dochodziłem do coraz to nowych wniosków. W końcu zrozumiałem, że w moim przypadku dalsza służba w gwardii papieskiej po prostu nie ma sensu i po roku opuściłem Watykan. Gdy znalazłem się na powrót w Szwajcarii, poczułem się tak, jakbym powrócił z niewoli.

Wkrótce potem poznałem wspaniałą dziewczynę. Mieliśmy, jak się okazało, dużo wspólnych zainteresowań. Jednak najważniejszym było dla mnie to, że i ona - podobnie jak ja - szukała drogi do Boga. Dlatego też rozumieliśmy się dobrze.

W czerwcu 1982 roku Sylwia zaprosiła mnie na ewangelizację do Brna. Mimo iż nie bardzo wiedziałem, co tam będzie, po krótkim wahaniu zdecydowałem się pojechać.

Kiedy mówca rozpoczął swoje kazanie, zmorzył mnie sen. Obudziłem się równie nagle, jak zasnąłem. Usłyszałem bardzo ponure - w moim odczuciu - brzmiące słowa, które zmusiły mnie jednak do intensywnego myślenia. Powoli zasychało mi w gardle, a ewangelista kontynuował: "Chrzest czy bierzmowanie nie czynią nikogo chrześcijaninem. Aby się nim stać, potrzebna jest osobista decyzja pójścia za Jezusem Chrystusem /J 1,10 i 12; 3,16/.

Każdy z nas musi więc świadomie zwrócić się do Jezusa, w pokorze i ufności wyznać Jemu swoje grzechy i uwierzyć, że dzięki Jego drogocennej krwi wszystkie nieprawości zostaną mu przebaczone, a on sam oczyszczony. Musimy wyrazić gotowość, że chcemy aby Chrystus rozporządzał naszym życiem, był naszym Panem i Królem, i przyjąć Go przez wiarę. Jedynie ten, kto uczynił ten krok, może nazywać się dzieckiem Bożym, prawdziwym chrześcijaninem. Jedynie taki człowiek ma przystęp do Boga i posiada życie wieczne /1J 5,11-13/. Jeżeli tego nie uczyniłeś, wiedz, że jesteś chrześcijaninem tylko z nazwy i nie masz społeczności z Najwyższym".

Jeżeli chodzi o mnie, wiedziałem, że nie powziąłem jeszcze takiej decyzji. Zawsze uważałem się za dobrego chrześcijanina; teraz jednak poczułem się mniej pewnie. Tak naprawdę nie znałem Biblii, nigdy nie słyszałem o nowym narodzeniu czy pewności zbawienia. W katechizmie stało jak wół: "Zbawienia nigdy nie możecie być pewni". Więc jak to jest naprawdę..?

Gdy ewangelista zaczął nawoływać do opamiętania i nawrócenia, i gdy zaprosił wszystkich, którzy podjęli taką decyzję na spotkanie w osobnej sali, stało się dla mnie jasne, że muszę tam pójść i oddać swoje życie Jezusowi. Niecierpliwie wyczekiwałem końca nabożeństwa. Chciałem powiedzieć Sylwii, że pragnę uczynić Jezusa swym Panem i Zbawicielem. Gdy oznajmiłem jej to uroczyście, była szczęśliwa. "Tak bardzo modliłam się za ciebie - powiedziała - jak dobrze, że tu przyjechałeś. Pójdę z tobą".

Gdy oddałem swoje życie Jezusowi i wyznałem Mu wszystkie moje grzechy, odczułem wielką ulgę. Stałem się wolny! Wolny od strachu przed karą, od lęku przed zemstą surowego sędziego. Jeżeli dawniej podczas spowiedzi ukrywałem pewne przewinienia z powodu wstydu, obaw czy dumy, to teraz mogłem całkowicie otworzyć moje serce przed Zbawicielem i wyznać Mu wszystko, gdyż wiedziałem, że zna mnie na wskroś. Czułem się przy Nim bezpieczny i nie miałem się czego bać, gdyż dzięki wierze zrozumiałem, że Jezus wziął całą moją winę na siebie, jak jest w Hbr 10,17.

Skoro tak jest, to logicznie rozumując, koncepcja istnienia czyśćca traci rację bytu, ponieważ życia wiecznego nie zdobywa się cierpieniem, choćby i największym. Zostaje nam ono darowane dzięki Chrystusowi, który dość wycierpiał za grzechy całego świata. Jeżeli ktoś mówi, że to nie wystarcza, że trzeba, by niektórzy pocierpieli jeszcze w czyśćcu, ten czyni ofiarę Chrystusa niewystarczającą. Tym samym odbiera Jezusowi część chwały i zadaje kłam Bogu, który - według tej karkołomnej teorii - dał z siebie za mało.

Tak samo ">>msze<< za zmarłych" nic tu nie pomogą /Łk 16,26/. Piotr w 1,18-19 wyraźnie stwierdza, że nie możemy kupić sobie życia wiecznego. Jesteśmy uratowani jedynie z łaski przez wiarę w zastępczą śmierć Jezusa, który poniósł ją, by zapłacić za nasze winy /Hbr 9, 27-28; Ef 2, 8-9; Iz 1,18/.

Wiedziałem, że gdy zaprosiłem Jezusa do mojego życia, On przyniósł ze sobą oczyszczenie, wybielił moje serce jak śnieg. Dał mi nowe życie, bym mógł je poświęcić dla Niego. W ten sposób narodziłem się na nowo, podobnie jak Sylwia. Pismo Święte mówi o takim właśnie doświadczeniu /J 3,3-5; 2Kor 5,17; 1J 1,7/. Wracaliśmy do domu szczęśliwi. Szczęśliwi dlatego, że staliśmy się nowymi ludźmi, że przeszliśmy ze śmierci do życia, że stare życie zostało za nami. Czuliśmy się uratowani i zależało nam na tym, by ratować jak najwięcej naszych przyjaciół i znajomych. Opowiadaliśmy im o naszym przeżyciu i chcieliśmy ich wszystkich nakłonić do nawrócenia. Mówiliśmy im, że chrzest, bierzmowanie czy komunia nie wystarczą aby zostać chrześcijaninem, że każdy musi sam zdecydować, by bezkompromisowo iść za Jezusem. Gdy tak uczyni, nawiąże relację z żywym Bogiem i będzie świadomy tego, że grzech jest dla Niego obrzydliwością. Przede wszystkim chrześcijanie muszą brzydzić się grzechem i postępować zgodnie z Bożymi oczekiwaniami. Swą wolę objawił On nam w Biblii. Z niej dowiadujemy się, jacy mamy być /J 8,51; 12,48/. Dlatego jego Słowo winno nam zawsze towarzyszyć.

Po nawróceniu Sylwia i ja rozumieliśmy się coraz lepiej. Zdecydowaliśmy się pobrać - nie było żadnej przeszkody. Mimo iż była protestantką, ze względu na mnie ślub wzięliśmy w parafii rzymskokatolickiej. Miało to miejsce we wrześniu 1982 roku. Sylwia powiedziała mi wtedy, że gdybym się nie nawrócił, zakończyłaby naszą znajomość. Pomimo że mnie kochała, nie wyszłaby za kogoś, kto nie jest oddany Jezusowi całym sercem. Doceniłem wtedy jej szczere oddanie, posłuszeństwo i zaufanie, jakie żywiła do Chrystusa. Było to dla mnie wielkim świadectwem wiary. Biblia jednoznacznie ostrzega przed poślubieniem osoby niewierzącej /2Kor 6,14-16/. Tym bardziej byłem Bogu wdzięczny za łaskę, którą mi okazał. Mogłem teraz poślubić wspaniałą kobietę. Cóż może być bardziej fascynującego i wspanialszego niż iść drogą życia razem, mając Jezusa za przyjaciela, ratownika i pocieszyciela, do którego w każdej chwili można się zwrócić?

W kwietniu 1984 roku Bóg sprawił, że urodził nam się zdrowy i pogodny chłopczyk Thomas. Chcieliśmy zapewnić mu dobre, chrześcijańskie wychowanie. Żona, przeglądając katalog wydawniczy, postanowiła zamówić książkę P.H. Uhlmanna pt. "Nauki Kościoła rzymsko katolickiego w świetle Biblii", aby lepiej poznać naukę Kościoła.

Uznaliśmy bowiem, że jedynie Biblia może być ostatecznym autorytetem dla chrześcijanina. Musi to uznać każdy, kto chce szczerze kroczyć za Jezusem. Książka bardzo nam pomogła. Prezentowała pewne aspekty nauczania Kościoła w świetle prawd biblijnych. Zawierała też rozdziały poświęcone genezie kultu Marii, instytucji papiestwa itp. Bardzo zainteresowało nas stanowisko, jakie w stosunku do tych problemów zajmowali pierwsi chrześcijanie. Wzbudziło to w nas pragnienie poznania prawdy. Porównywaliśmy nauki Kościoła z tym, czego uczy Biblia. Czyniliśmy to z pasją i w wielkiej szczerości. Prosiliśmy Ducha Świętego, aby objawił nam prawdę i wolę Bożą w stosunku do nas. Tak też zaczęliśmy dochodzić do pewnych zaskakujących wniosków. Ja, na przykład, miałem głęboko zakorzeniony zwyczaj odmawiania modlitw do Marii - matki Jezusa i świętych katolickich, bo tak mnie nauczono. Biblia jednak pokazała mi, że Maria nie jest w stanie wstawić się za nami u Jezusa. Chrystus natomiast pragnie, byśmy sami przychodzili wprost do Niego i tylko od Niego oczekiwali pomocy /Mt 11,28/. Jest On jedynym pośrednikiem między Bogiem a ludźmi /1Tm 2,5; Dz 4,12; 10,43/. Biblia w żadnym miejscu nie naucza, że mamy szukać jakiegoś innego pośrednika albo orędownika. Wręcz przeciwnie - w Jeremiasza 17,5 Bóg mówi: Przeklęty mąż, który pokłada nadzieję w człowieku i który w ciele upatruje swą siłę, a od Pana odwraca swe serce.

Dość długo nie wiedziałem, jak się ustosunkować do objawień Maryjnych w Lourdes i Fatimie. Dlaczego w imię Marii dokonywało się tam tyle cudów i uzdrowień? Lecz Biblia zna odpowiedź i na to pytanie. Słowo Boże ostrzega, że nie każdemu objawieniu należy wierzyć. Księciem tego świata jest szatan i bardzo zależy mu na tym, aby odwieść ludzi od osoby Jezusa. Zależy mu, by zamiast Jezusowi, cześć oddawano zwykłemu człowiekowi, by zamiast ufać Panu i Zbawicielowi, ufano czemukolwiek lub komukolwiek innemu. Dlatego wabi on ludzi atrakcyjnymi widzeniami, objawieniami, cudami czy uzdrowieniami, które są tylko pozornie dobre. W rzeczywistości przyciągają one ludzi do czegoś, co nie ma żadnej wartości. Te rzeczy nie mogą zapewnić człowiekowi przebaczenia grzechów i życia wiecznego. Objawienia w Lourdes i w Fatimie nie przynoszą chwały Jezusowi, tylko Marii. Jeżeli bowiem zbawienie można znaleźć tylko u Jezusa, po co szukać go u Marii? Dlatego Duch Święty uczy nas, żeby objawienia sprawdzać w świetle nauczania Pisma Świętego, a nie ludzkich nauk i tradycji.

Następna sprawa, którą chciałbym tu poruszyć, to godny potępienia nawyk (rozpowszechniony zarówno wśród wierzących, jak i niewierzących) wypowiadania takich zwrotów, jak np. mój Boże, o Jezu, jak Boga kocham itp. Można by powiedzieć, że to tylko taki sposób mówienia, nie zamierzony, nieświadomy. Skoro tak, to rzecz ma się jeszcze gorzej. Nieświadome lub bezcelowe posługiwanie się imieniem Boga bez szacunku albo jako wykrzyknik, jest równoznaczne z lekceważeniem Najwyższego. Przeklinanie i bluźnienie temu imieniu jest ciężkim przewinieniem. W czasach starotestamentowych grzech taki karany był śmiercią przez ukamienowanie. Trzecia Księga Mojżeszowa opisuje jedno takie wydarzenie. Jeżeli nie reagujemy, gdy ktoś w naszej obecności nadużywa imienia Bożego, pośrednio stajemy się jego wspólnikiem i uczestnikiem tego grzechu.

Słyszałem kiedyś pewną historię o człowieku, który często nadaremnie wzywał imienia Bożego. Opowiadam ją każdemu, kto bez należytej czci wypowiada to imię.

Pewien mężczyzna przy rozmaitych okazjach zwykł był mówić: Panie Jezu. Jego żona upominała go wiele razy, tłumacząc, że Jezus wcale nie jest rad, słysząc, że Jego imię traktowane jest jako przerywnik. On natomiast twierdził, że Jezus wie, iż nie jest to czynione w złej intencji i w ogóle się tym nie przejmuje. Ona zaś postanowiła udowodnić mu, że tak nie jest.

- Fritz! - zawołała nagle.
- Słucham cię - odpowiedział.
- Ach, nic, nic - mruknęła.

Za chwilę znów zawołała:

- Fritz!
- O co chodzi? - zapytał.
- Nic takiego - odpowiedziała.

Kiedy ta sytuacja powtórzyła się po raz trzeci, mąż zdenerwował się i krzyknął:

- Nie rób ze mnie bałwana. Czego chcesz ode mnie?
- Czy teraz już widzisz - oznajmiła - jak postępujesz z Bogiem? Wołasz Go co chwilę bez powodu i udajesz głupiego, bo nic od Niego nie chcesz. Myślisz, że On nie ma prawa zdenerwować się na ciebie tak jak przed chwilą ty?

Nauczka ta poskutkowała. Fritz pilnował się od tej pory jak tylko mógł, żeby nie traktować Boga w ten sposób.

Bóg pokazał mi również, że muszę powstrzymać się od bałwochwalstwa, które dotychczas uprawiałem nieświadomie. Mieszkanie moje było przyozdobione różnymi figurami i obrazami świętych; stał tam także krucyfiks (krzyż z dodatkami czegoś, co usiłowało przedstawić postać przybitego doń Jezusa) i mnóstwo świec. Wszystko to miało mi pomóc w skupieniu się i skoncentrowaniu na Bogu, a tym samym w zbliżeniu się do Niego. To było straszne. A przecież Bóg mówi: Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią! Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył, ponieważ Ja Pan, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia względem tych, którzy Mnie nienawidzą /Wj 20,4-5/. Bóg nie chce, aby człowiek posługiwał się jakimiś przedmiotami w celu skontaktowania się z Nim. Łączność między Bogiem a człowiekiem odbywa się przy zachowaniu dwóch warunków: winno to być w Duchu i w prawdzie /J 4,24/, a nie przez nieudaczne podobizny - pseudopomoce. Boże przekleństwo ciąży na tych, którzy stawiają sobie podobizny czy używają symboli i znaków, by oddawać cześć de facto nie Bogu, lecz tym przedmiotom /Pwt 27,15; Jr 25,6-7/.

Oczywistym było, że jeśli chcę być posłuszny Słowu Bożemu, muszę usunąć to wszystko z mojego domu. Powyrzucaliśmy więc świece, figurki, krucyfiksy i obrazy. Pozostał jedynie nagi krzyż, który przypomina nam cierpienie i śmierć Jezusa, ale również Jego tryumfalne zmartwychwstanie; jest to bowiem PUSTY krzyż - Chrystus nie pozostał na nim na wieki.

Czy kiedykolwiek Bóg zalecał czcić relikwie? Kult ten wywodzi się z religii pogańskich i nie ma nic wspólnego z żywym Bogiem! Aby jakoś uzasadnić swe praktyki, Kościół rzymski powołuje się na księgi apokryficzne, które nie są ani natchnione, ani wchodzą w skład kanonu. Do 1546 roku nikomu się nie śniło, by apokryfy traktować jako Księgi Święte na równi z Pismem. Dopiero Sobór Trydencki włączył je do kanonu *) i ogłosił, że są natchnione. Jakże to? Przez 1546 lat księgi te nie były natchnione. Jakim więc sposobem mogły się stać takimi w jednej chwili?

Obecnie wchodzą w skład Biblii katolickiej.

Szatan omamia nas wieloma zwodniczymi i oszukańczymi posunięciami. Jednakże ten, kto w szczerości i prostocie napełnia się Słowem Bożym oraz je realizuje, potrafi ustrzec się przed kolejną pułapką, jaką zastawia na nas książę tego świata. Dawniej bardzo często mówiłem komuś: "Trzymam za ciebie kciuki". Panicznie bałem się czarnego kota i liczby 13. Byłem też zafascynowany wróżbami: wykładanie kart, stawianie pasjansów, czytanie z ręki, lanie wosku ekscytowały mnie niezmiernie. Bawiłem się w różne talizmany, czterolistne koniczynki, biedronki, maskotki, amulety, listy do świętego Mikołaja itp. Teraz wiem, że to wszystko leży na pograniczu czarnej magii, okultyzmu i czarów. Bóg natomiast mówi jasno na temat swojego stosunku do takich rzeczy /Pwt 18,10-13/.

Wielu ludzi wierzy, że horoskopy się sprawdzają. Rozmiłowani w nich wykupują gorączkowo wszystkie możliwe gazety i wertują je w poszukiwaniu horoskopów; z dreszczykiem emocji pochłaniają informacje o zapisanej rzekomo w gwiazdach przyszłości. Nie jest to tylko niewinna zabawa, jakby się komuś mogło wydawać. Za każdym przesądem, za każdym zabobonem stoją moce diabelskie. Ten zaś, kto pasjonuje się magią, uczestniczy w seansach spirytystycznych itp., otwiera się na działanie szatana i zaprasza go do swojej kompanii, a on nie daje się długo prosić. Jeżeli więc masz na swoim sumieniu okultyzm, a chcesz się od niego uwolnić, bądź dobrej myśli. Żaden grzech nie jest zbyt wielki, aby nie mógł zostać przebaczony, a też żaden zbyt mały, aby nie musiał być przebaczony. Polecam wam skorzystanie z niezawodnej pomocy Przedziwnego Doradcy, o którym zaświadcza Biblia /Iz 9,5/. Ze względu na Jezusa możecie stać się wolni /J 8,36; 1J 1,7/.

Przez wiele lat wmawiano mi, że obecność Jezusa wśród nas realizuje się w Komunii Świętej. Według tej teorii chleb i wino, dzięki udziałowi i wstawiennictwu księdza, stają się prawdziwym ciałem i krwią Chrystusa. Czytając Biblię, zauważyłem, że tak nie jest. Bóg nie pozwoli uwięzić się w opłatku - na zawołanie jakiegokolwiek człowieka i nie da się rozdać byle komu. "Cóż to za "Bóg", który przemieniony w opłatek pozwala się zjeść, a potem wydalony z ciała jest w wiadomym miejscu" - powiedział kiedyś były ksiądz. Trudno mi było jednak wyrzec się tego, w co wierzyłem od dziecka.

Modliłem się jednak o mądrość i poznanie prawdy. Bóg pokazał mi ją. Znalazłem pewien fragment w Biblii, który mi bardzo pomógł: Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym /J 6,54/. Uczniowie Jezusa zaskoczeni byli Jego wypowiedzią, ponieważ Żydom nie wolno było spożywać krwi /Kpł 17,12/. Jezus wyjaśnił, że nie należy przyjmować Go w ciele, lecz w Duchu i powinniśmy wierzyć w to, że poświęcił swoje ciało i krew, by życie wieczne było dla nas osiągalne. To On umarł zamiast nas. Zatem wszyscy, którzy wierzą i przyjmują Go, otrzymują od Boga nowe życie /J 6,63/.

W Ewangelii Jezus używa następujących słów: Jam jest chleb życia /J 6,48/; jednocześnie mówi też: Ja jestem bramą /J 10,9/; Ja jestem prawdziwym krzewem winnym /J 15,1/.Nie znaczy to przecież, że Jezus jest drzwiami wykonanymi z drewna lub rośliną.

Wieczerza Pańska jest pamiątką bardzo ważnego wydarzenia, a nie alchemiczną przemianą jednej substancji w drugą. Ilekroć na pamiątkę Jezusa spożywamy chleb i wino, zwiastujemy zbawcze cierpienie i śmierć naszego Pana, który oddał siebie jako okup za wielu. Przez udział w Wieczerzy Pańskiej potwierdzamy swą przynależność do ciała Chrystusa, którym jest Kościół /1Kor 11,23-26/.

Wtedy też zrozumiałem kwestię dotyczącą chrztu dzieci. Kościół rzymskokatolicki nakazuje chrzcić niemowlęta, ponieważ twierdzi, że w przeciwnym razie nie dostąpią żywota wiecznego. Natomiast Jezus wyraźnie powiedział, że Królestwo Boże należy do dzieci /Mk 10,13-16/ i błogosławił je, lecz nie chrzcił. Powodem, dla którego Jezus tego nie uczynił, jest fakt, że do chrztu potrzebna jest osobista wiara tego, który chce zostać ochrzczonym. Chrzest nie będący konsekwencją osobistej wiary w Jezusa Chrystusa, mija się z celem i jest nieważny.

Chodzi tutaj o osobistą decyzję i nikt nie ma prawa podjąć jej w imieniu dziecka /Mt 28,18-20; Mk 16,16; Dz 8,36-39a/. Tak rozumiejąc chrzest, zdecydowaliśmy się go podjąć po wyznaniu wiary w Jezusa Chrystusa. Tym samym zaświadczyliśmy przed mocami niebieskimi i potwierdziliśmy fakt, że należymy do Niego. Po wyjściu z wody przeczytano nam fragment z 2Kor 5,15 który do dziś daje nam wiele sił: A właśnie za wszystkich umarł po to, aby ci, co żyją, już nie żyli dla siebie, lecz dla Tego, który za nich umarł i zmartwychwstał.

Zacząłem dostrzegać coraz więcej sprzeczności pomiędzy Biblią a doktryną Kościoła rzymskokatolickiego. Było mi przykro, że tak wielu gorliwych katolików zamiast głosić zbawienie w Jezusie Chrystusie, trzyma się ludzkich nauk i zgubnych tradycji, a o pomoc zwraca się do zmarłych, ignorując Zbawiciela i przecząc tym samym Jego wyłącznemu pośrednictwu. Nie chcąc być obłudnym, dwulicowym, oszukiwać siebie i innych, zdecydowałem się wystąpić z Kościoła rzymskiego. Napisałem więc list do naszego proboszcza. Oto on:

"Drogi Księże Proboszczu!

Bóg wszechmogący objawił nam swoją wolę w Biblii - księdze ksiąg. Można w niej znaleźć następujące słowa /2Tm 3,14b-17/: Od lat bowiem niemowlęcych znasz Pisma święte, które mogą cię nauczyć mądrości wiodącej ku zbawieniu przez wiarę w Chrystusie Jezusie. Wszelkie Pismo od Boga natchnione [jest] i pożyteczne do nauczania, do przekonywania, do poprawiania, do kształcenia w sprawiedliwości - aby człowiek Boży był doskonały,przysposobiony do każdego dobrego czynu. To właśnie Pismo Święte pokazuje nam, że Kościół ten rozminął się z Bożą prawdą. W Ewangelii Jana /14,6/ Jezus mówi: Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie. Kościół natomiast poleca wiernym, by modlili się: "Maryjo, wspomóż mnie, bym dostał się do nieba". W rozdziale 10. tejże Ewangelii Jezus stwierdza: Ja jestem bramą. Jeżeli ktoś wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony - wejdzie i wyjdzie, i znajdzie paszę. Złodziej przychodzi tylko po to, aby kraść, zabijać i niszczyć. Ja przyszedłem po to, aby [owce] miały życie i miały je w obfitości. Kościół nakazuje wołać: "O Maryjo, bramo do życia wiecznego". Biblia uczy: Albowiem jeden jest Bóg, jeden też pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek, Chrystus Jezus /1 Tm 2,5/. Kościół natomiast zwraca się do Marii: "O Maryjo, pośredniczko wszelkich łask".

Wiele miejsc w Piśmie Świętym podkreśla, że zbawienie człowieka dokonuje się tylko przez Jezusa np. w Dz 4,12: I nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni. Jakże często w Kościele katolickim imię Jezusa ginie w tłumie tzw. "Świętych Pańskich".

Pan Bóg powierzał wybranym ludziom (np. prorokom) bardzo ważne misje do wykonania. Zgodnie z wypowiedzią Chrystusa największym z ludzi w oczach Ojca Niebieskiego jest Jan Chrzciciel /Mt 11,11/, który, nawiasem mówiąc, nawoływał do prostowania dróg duchowych, ciągle przez ludzkość wypaczanych. Prorocy, apostołowie, a przede wszystkim Syn Boży, wskazali nam drogę zbawienia opisaną w Bożym Słowie dla uwielbienia Świętego Bożego Imienia. A jak jest naprawdę? Imię Boże w świątyniach zbudowanych dla Boga jest pomijane, nie jest należycie sławione i dziwna rzecz - Kościół skierował przeogromny kult należny Bogu na wielbienie... człowieka. Dziś 80% wierzących modli się w ogromnej pokorze ducha i z niezwykłą wiarą do Najświętszej Marii Panny - ziemskiej matki Pana Jezusa. Czy jest to zgodne ze Słowem Bożym - Pismem Świętym, z wolą Boga Ojca i Boga Syna..? Nie wykrzywiajmy dróg Bożych, zgodnie z posłannictwem Jana Chrzciciela. Bóg obdarzył Marię najwyższą swą łaską i uczynił błogosławioną /Łk 1,48/**) wśród wszystkich niewiast świata, ze względu na błogosławiony Owoc jej życia - narodzenie Jezusa Chrystusa ! Tej wielkiej łaski i chwały, jakiej dostąpiła od Boga, nikt nie może kwestionować. Była wielką wśród niewiast... ale większym od niej był Jan Chrzciciel.

Pismo daje nam polecenie, że mamy modlić się tylko do Boga. Zwracanie się do kogoś innego jest grzechem bałwochwalstwa. Jezus mówi: Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię /Mt 11,28/; W ostatnim zaś, najbardziej uroczystym dniu święta, Jezus stojąc zawołał donośnym głosem: << Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie - niech przyjdzie do Mnie i pije! /J 7,37/; O cokolwiek prosić Mnie będziecie w imię moje, Ja to spełnię /J 14,14/.

Kościół znów zachęca, by modlić się do św. Krzysztofa. Wiele parafii nosi jego imię. Jeżeli przyjrzymy się bliżej tej postaci przez pryzmat historii i zbadamy wszystko, co się z nią wiąże, to okaże się, że święty Krzysztof jest legendą, po prostu mitem. Jeżeli zaś Kościół nakazuje modlić się do kogoś, kto faktycznie nigdy nie istniał (!), jego pretensje i roszczenia do posiadania jedynej, najprawdziwszej prawdy wydają się co najmniej śmieszne.

Jakim to sposobem mogą nas usłyszeć zmarli święci? Przecież byli zwykłymi ludźmi, takimi jak my. W jaki sposób mogliby nas zrozumieć i wejrzeć w zakamarki naszych serc, przejąć się naszymi problemami, aby następnie wstawiać się za nami u Boga? Jedynie Bóg zna człowieka na wylot. Tylko On może zrozumieć nasze troski i zaspokoić nasze potrzeby! On nas słyszy (jest wszechobecny), gdy zwracamy się doń szczerze i z czystym sercem /Iz 59,1-2. Jeżeli chcemy rozmawiać z Bogiem, potrzebujemy najpierw przebaczenia grzechów, których dopuściliśmy się. Każdy grzech tworzy przepaść między Bogiem a człowiekiem. Chrystus, ponosząc karę za wszystkie popełnione przez człowieka grzechy, stał się mostem nad tą przepaścią. Możemy po nim przejść do Boga i mieć z Nim osobistą więź, jeśli tylko uwierzymy, że most ten jest wystarczająco wytrzymały. Możemy wtedy prosić Go o wszystko, a On chętnie obsypie nas dobrymi darami /1P 2,24; J 15,7/. Zwykle nie dostajemy wszystkiego od razu. Zachęcają nas wtedy słowa apostoła Pawła /Rz 8,28/: Wiemy też, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra, z tymi, którzy są powołani według [Jego] zamiaru. Jako ludzie, nie wiemy często, co jest dla nas dobre. Ale możemy ufać wszechwiedzącemu Bogu - On to wie. On uczyni wszystko właściwie.

W katechizmie można czytać: "Należy modlić się codziennie do Anioła Stróża, baczyć na jego obecność i przestrzegać jego rad". Słowa Apokalipsy 19,10 zachęcają do czegoś wręcz przeciwnego. Gdy Jan chciał upaść przed aniołem i złożyć mu pokłon, ten powiedział mu: <<Bacz, abyś tego nie czynił (...) Bogu samemu złóż pokłon>>!

Chcemy być uczciwi, wobec tego nie możemy pogodzić się z tymi sprzecznościami, a tym bardziej być posłuszni nauce Kościoła katolickiego. Nie możemy pozostać we wspólnocie katolickiej. Dlatego też moja żona i ja uznajemy za swój obowiązek poinformować pana, drogi Księże Proboszczu, że występujemy z tego Kościoła. Czynimy to nie dlatego, by wstąpić do jakiejś sekty, lecz po to, aby móc samodzielnie żyć według Bożego Słowa i realizować wolę Chrystusa /Ap 22,18; Ga 2,20/, szukając codziennie Jego oblicza. Jestem gotów odpowiedzieć na każde pytanie księdza i udzielić wszelkich wyjaśnień. Proszę też, by ksiądz wykazał mi błędy lub nieścisłości, jeżeli je gdzieś popełniłem.

Moim ostatnim życzeniem, jakie do księdza kieruję, jest to, by ksiądz zwiastował tylko dobrą nowinę o Jezusie, bo kiedyś będzie musiał za to odpowiedzieć. Niech więc Jezus błogosławi księdzu i wszystkim kolegom księdza oraz da wam łaskę głoszenia szczerej, niesfałszowanej prawdy, byście składali ją w sercach tych, którzy jej nieobłudnie szukają. Niech ksiądz w mocy Bożej przekonuje ludzi, by wierzyli, że Biblia jest napisana z inspiracji Ducha Świętego i że Słowo Boże ma potężną siłę.

Serdecznie księdza pozdrawiam i niech Boży pokój, który przewyższa wszelki umysł, strzeże pańskiego serca i umysłu w Jezusie Chrystusie.
Bernhard i Sylwia Dura"

Tak więc przestaliśmy być katolikami, ale bez społeczności z innymi chrześcijanami trudno jest wzrastać. Duch Święty przekonał nas, że powinniśmy poszukać wspólnoty, w której moglibyśmy wielbić Boga, jak to czynili pierwsi chrześcijanie. Przyłączyliśmy się więc do jednego z niezależnych zborów w Visp, gdzie, jak stwierdziliśmy, Słowo Boże głoszone było wiernie i bez niepotrzebnych dodatków. Członkami tej społeczności byli ludzie, którzy osobiście mogą zaświadczyć, że Chrystus przemienił całkowicie ich życie i dał im zbawienie. Silny nacisk kładą na głoszenie Ewangelii światu. Wszystkim leży na sercu los ludzi, których starają się przyprowadzić do Jezusa, by mieli z Nim prawdziwy kontakt. Bardzo szybko zżyliśmy się ze zborem i poczuliśmy się jak w rodzinie. Więź, którą mamy ze sobą, zbliża nas do Jezusa i dodaje sił, by w każdym dniu i o każdej porze głosić Jego zbawienie. Podczas Wieczerzy Pańskiej przeżywamy głęboką radość, ponieważ spożywamy chleb i wino zgodnie z wolą Jezusa - na pamiątkę Jego ciała i krwi, złożonych dla nas w ofierze. Polecił On swemu Kościołowi, aby obchodził tę pamiątkę aż do powtórnego Jego przyjścia, gdy stanie wśród nas, aby zabrać swój lud.

Jesteśmy bardzo wdzięczni naszemu Panu za to, że wyprowadził nas, tkwiących w ciemności fałszu, na światło prawdy. Każdego dnia cieszymy się radością Bożą. Pobożne i bezkompromisowe życie chrześcijańskie niesie ze sobą również troski, zmartwienia i różnorakie trudności.

Zmartwiło nas bardzo to, że nie otrzymaliśmy odpowiedzi od księdza proboszcza, do którego wysłaliśmy cytowany wcześniej list. Wielokrotnie też byliśmy narażeni na ataki ze strony nic nie rozumiejących ludzi, którzy traktują nas jak odmieńców i sekciarzy - sąsiedzi się nam nawet nie kłaniają. Również moi współpracownicy w szkole samochodowej, w której uczyłem, byli do mnie nieprzyjaźnie nastawieni. Jednak w momentach największego ucisku odczuwaliśmy mocno Bożą pomoc, pokój i zachętę. Bóg dał nam siłę do miłowania naszych nieprzyjaciół. Wkrótce zwolniono mnie z pracy. Miałem więc dużo wolnego czasu, wobec czego postanowiłem wykorzystać go odpowiednio. Zacząłem chodzić po domach i roznosić traktaty ewangelizacyjne; miałem też sposobność, by rozmawiać z wieloma ludźmi. Co tydzień zbieraliśmy się, aby wspólnie studiować Biblię, zapraszając wszystkich zainteresowanych. Dzięki łasce Bożej ukończyliśmy później wraz z żoną trzyletnią szkołę biblijną, po czym zdecydowałem się poświęcić cały mój czas pracy dla Pana.

Na zakończenie chcę powiedzieć, że Jezus dokonał Swego dzieła po to, byś ty osobiście mógł zostać zbawiony. Odkupił ludzkość swą własną krwią - drogo za nas zapłacił. Wyratował nas jedynie przez łaskę i my sami nic nie możemy do tego dodać, bowiem łaska i zasługa wykluczają się wzajemnie. Może myślisz, że jesteś stracony, gdyż sądziłeś, że zbawienie można kupić uczynkami. Męczysz się, mówiąc - nie podołam. Nie uczynisz nic ponad to, co uczynił Jezus, gdy zawołał: "Wykonało się"! Zaspokoił tym samym wszelkie Boże wymagania względem człowieka. Cierpienie i ból jakie były potrzebne, by zadośćuczynić prawu, Jezus wziął na siebie.

Wykonało się!

Chciałbym powiedzieć wszystkim rzymskokatolickim kapłanom, którzy codziennie składają Bogu Chrystusa w ofierze podczas każdej mszy zwanej "świętą": Skończcie z tym ! Bóg nie wymaga ani nie przyjmuje więcej żadnej ofiary. Chrystus złożył ją raz na zawsze po wsze czasy. Nie przypochlebicie się Bogu żadnymi nabożeństwami, złotem, liturgią, bogatymi wnętrzami kościołów i kaplic - niczym. Żadne bierzmowania lub składanie ślubów nic nie wskórają. Jezus dokonał wszystkiego. Są ludzie, którzy wołają na kolanach w udręczeniu: "Boże, co mam robić, by zadośćuczynić moim grzechom?" Chcę im rzec: "Zaufajcie Chrystusowi i nie dręczcie się więcej. On już zadośćuczynił za wszystkie nieprawości całego świata. Nie dorzucajcie fałszywych monet do skarbu, który dał Bóg. Do tego dzieła - tak jak do Słowa Bożego - nie można nic więcej dodać /Ap 22,18-19/. Sprawiedliwość, jakiej wymaga od nas Bóg, jest w Chrystusie, a nie w nas." Warto przypomnieć tutaj postawę jednego ze złoczyńców ukrzyżowanych razem z Chrystusem. Zaufał on miłosierdziu Bożemu i wystarczalności ofiary Jezusa. Dzięki temu stał się dla nas przykładem do naśladowania.

Jezus jest własnością wszystkich grzeszników, którzy mają odwagę przyjąć tę Bożą ofertę. Uczyńcie więc to wszyscy, którzy dotychczas tego nie zrobiliście. Czy masz pokój z Bogiem? Czy żyjesz w prawdzie Ewangelii? Czy jesteś pewien swego zbawienia? Jeżeli nie, to proszę cię w imieniu Jezusa: Pogódź się z Ojcem. On cię zaprasza /Ap 3,20-21/: Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze mną. Zwycięzcy dam zasiąść ze Mną na moim tronie, jak i Ja zwyciężyłem i zasiadłem z mym Ojcem na Jego tronie.

Niech będzie Ci Panem i Zbawicielem. Pozwól Mu napełnić cię Duchem Świętym, a Twe zbawienie będzie pewne. Weź sobie do serca napomnienie z Hbr 3,7-8: Dlatego {postępujcie}, jak mówi Duch Święty: Dziś, jeśli głos Jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych jak w buncie, jak w dzień kuszenia na pustyni.

Albo przyjmiesz Jezusa dziś, albo w dzień Sądu Ostatecznego będziesz stał naprzeciw Niego jako winny. Jeżeli twe imię nie zostanie wpisane do Księgi Życia, twym udziałem będzie wieczne potępienie. Bóg pragnie cię mieć blisko siebie; pragnie, byś w nowym świecie oglądał Jego chwałę. Ujmij więc dziś dłoń, którą podaje ci Jezus. Jutro może być już za późno /Ap 22,12-15/: Oto przyjdę niebawem, a moja zapłata jest ze mną, by tak każdemu odpłacić, jaka jest jego praca. Jam Alfa i Omega, Pierwszy i Ostatni, Początek i Koniec. Błogosławieni, którzy płuczą swe szaty, aby władza nad drzewem życia do nich należała i aby bramami wchodzili do Miasta. Na zewnątrz są psy, guślarze, rozpustnicy, zabójcy, bałwochwalcy i każdy, kto kłamstwo kocha i nim żyje.

Zachęcam Cię, zwróć się w modlitwie do Jezusa i powierz Mu swoje życie. Możesz użyć następujących słów: Panie Jezu, pomóż mi przez Twego Ducha stanąć twarzą w twarz z krzyżem. Przykryj mnie Twoją krwią i zasłoń nią całą moją przeszłość. Dzięki Ci za Twą krew. Twój krzyż niech będzie moim krzyżem. Przyjmuję jego zwycięstwo. Objaw mi go! Otwórz niebiosa i zstąp na mnie teraz. Rozedrzyj moje serce i daj wejrzeć w to co działo się w Getsemane, co zdarzyło się na Golgocie, aby serce me zostało złamane. Otwórz moje serce, żeby przyjęło serce Twoje, które krwawiło za mnie, Boży Synu, i spraw, abym nie wstydził się tego, co ludzie będą mówić o mnie. Weź mnie, mojego ducha, duszę i ciało. Chcę być Twój, bo Ty mnie nabyłeś. Boże OJCZE Święty - objaw mi krzyż ze względu na Jezusa. Objaw ten krzyż, który zdobył świat, krzyż w jego chwale. Ty jesteś Bogiem Wszechmogącym. Oddaję całą chwałę Twojemu imieniu. Nikt nie ma prawa do tej chwały, tylko Ty, PANIE. Uwielbij Twego Syna i prowadź mnie przez Twojego Ducha. Nie pozwól, bym od Ciebie odszedł. Amen.

Mt 10, 27

* Księgi apokryficzne (deuterokanoniczne) zostały włączone do kanonu Pisma Świętego jako reakcja katolicyzmu na ogłoszenie przez Marcina Lutra - Ojca Reformacji, że kanon Starego Testamentu wzorowany na tzw. "Kodeksie Jerozolimskim" nie powinien zawierać tych 7 apokryfów. Luter wymienił tutaj : 2 Księgi Machabejskie, Tobiasza, Judyty, Barucha, Księgi Mądrości, Mądrość Syracha. Księgi te stanowią istotne źródło kilku ważnych doktryn katolicyzmu, np. doktryny o czyśćcu, modlitwie za zmarłych, kultu Marii itp., stąd zrozumiała staje się przyczyna dołączenia ich do kanonu.

** Tylko w przekładzie Biblii Tysiąclecia słowo - błogosławioną - zostało przetłumaczone na "błogosławić"; inne tłumaczenia są zgodne (z wyjątkiem przekładu Szymona Budnego, gdzie znów występuje "słowo wielbić") i oddają >>błogosławioną<< W greckim oryginale, w tym miejscu jest μακαριζω (czytaj: "makaridzo"), co w dosŁ. tłum. znaczy: "zwać, uważać za szczęśliwą".

Pan Jezus powiedział:
"Ja świadczę każdemu,
kto słucha słów proroctwa tej księgi;
jeśliby ktoś do nich cokolwiek dołożył,
Bóg mu dołoży plag zapisanych w tej księdze"

Apokalipsa św. Jana 22,18;

patrz także:

Księga Wyjścia 20,4; Księga Kapłańska 26,1; Księga Powtórzonego Prawa 4,2 i 12-19 i 23; 5,32[29]; Księga Przysłów 30,6; Księga Izajasza 40,18-26; List do Rzymian 1,23; Dzieje Apostolskie 17,29

{jcomments on}

Możliwość komentowania została usunięta, bo jak dokładniej przyjrzeć się nawet polskim komentarzom to okazało się, że nie było ani jednego prawdziwego komentarza, a takie co mogłyby sprawiać wrażenie prawdziwych, były tylko po to, żeby pozycjonować inne strony www, więc mijało się to z celem.